sobota, 30 sierpnia 2014

ROZDZIAŁ II

Po godzinie jazdy w niesamowitym upale, Lexie zasnęła. Obudziła się dopiero po trzech godzinach, gdy poczuła ostre szarpnięcie samochodu.
            Poderwała się i uderzyła lekko w czubek głowy.
            – Co się dzieje? – zapytała zaniepokojona i rozejrzała się dookoła. Wciąż była jeszcze w otumanieniu po drzemce.
            – Spokojnie, skończyło się tylko paliwo. Zaczekaj.
            Travis wysiadł z samochodu by sprawdzić czy w przyczepie nie ma kanistra z benzyną.
            Dziewczyna ziewnęła i rozejrzała się po okolicy. Było już dość ciemno, a dookoła było pełno drzew. Postanowiła, że wyjdzie, chociaż na chwilę rozprostować nogi. Powietrze było świeże, a wieczór przyjemnie chłodny. Alexandra oparła się o drzwi samochodu i spojrzała w niebo. Od dawna nie widziała żeby było aż tak rozgwieżdżone. Wpatrywała się zachwycona dopóki nie stanął obok niej przyjaciel.
            – Jak się czujesz? – zapytał z troską, a wtedy wszystkie wspomnienia jej rodziców uderzyły w nią z podwojoną siłą. Ich roześmiane twarze, ich miłość do niej, ich śmierć. Szybko stłumiła dziwne uczucie, które rosło w jej klatce.
            – Dobrze, nie jest źle. – Odsunęła się od samochodu i rozejrzała dookoła. – Znalazłeś paliwo?
            – Nic nie mamy. Musimy pójść w tamtą stronę – powiedział wskazując zachodni kierunek, tam gdzie właśnie zmierzali. – Wcześniej widziałem znak do stacji paliw, jakiś niecały kilometr.
            – Okej – odparła dziewczyna i sięgnęła po torbę z naczepy, z której wyjęła swoją ulubioną broń; metalowy kij baseballowy owinięty drutem kolczastym. Był bardzo skuteczny i cichy w walce z Zombie. Travis natomiast sięgnął po swoją maczetę i ruszyli przed siebie.
            Drogę rozświetlał półksiężyc. Z każdym krokiem przy drodze pojawiało się coraz więcej reklam, które niegdyś informowały przejezdnych o różnego rodzaju restauracjach, sklepach lub salonach samochodowych.
            – Gdzie my tak właściwie jesteśmy? – zapytała Lexie kopiąc mały kamyk, który poturlał się do pobliskiego rowu.
            – W Blythe, już niedaleko do Pheonix.
            – Aż tyle spałam? Dlaczego mnie nie obudziłeś?
            – A niby, po co miałbym to robić? Przeszłaś sporo w ciągu ostatnich kilku dni i nie zauważyłem, żebyś jakoś szczególnie o siebie dbała. Nawet nie spałaś odkąd wykryto wirusa u Nickolas’a – powiedział Travis i obrzucił dziewczynę nagannym spojrzeniem.
            – Niby skąd wiesz czy spałam czy… - Lexie urwała w połowie zdania, gdy zrozumiała sens słów Travisa. Zatrzymała się, a chłopak poszedł w jej ślady. – Czekaj, chcesz mi powiedzieć, że mnie śledzisz?
            – Nie… To znaczy… Ja po prostu się o ciebie martwię.
            – Gdy się przebierałam lub myłam również się o mnie martwiłeś? – Dziewczyna wypowiadając te słowa podniosła głos i z gniewem spojrzała w tęczówki przyjaciela.
            Alexandra nie mogła zrozumieć postępowania chłopaka. Dla niej również był bardzo ważny, tak jak ona dla niego. Zostali tylko oni. Musieli troszczyć się o siebie i chronić nawzajem. Jednak takiego czegoś nie mogła pojąć. Zresztą wtedy jej rodzice byli żywi i nie musiał mieć jej wciąż na oku. Mimowolnie wzdrygnęła się na myśl o przyjacielu, który mógł widzieć ją nagą. Był przecież dla niej jak brat.
            – Lexie daj spokój. Nie możesz mnie oskarżać o coś takiego. Nigdy bym cię nie podglądał w intymnych sytuacjach.
            Dziewczyna prychnęła, zarzuciła kij na ramię i ruszyła dalej. Im szybciej znajdą to cholerne paliwo, tym lepiej. Travis ruszył za nią. Nie odzywał się, czekał na jakąś reakcję swojej przyjaciółki.
            Z północy zawiał wiatr, który przyniósł smród zgnilizny. Obydwoje zapomnieli o swojej dotychczasowej sprzeczce i przygotowali się do najgorszego. Jak na złość w pobliżu nie było żadnego samochodu, nie licząc pozostawionej furgonetki w tyle. Niecałe sto metrów przed sobą ujrzeli opuszczoną stację benzynową. Jeśli załatwią sprawę szybko i bezszelestnie, nikomu nic się nie stanie.
            Lexie i Travis dali sobie porozumiewawcze znaki i ruszyli szybkim przed siebie. Mimo ciemności widzieli prawie wszystko, dzięki rogalowi księżyca, który służył im za namiastkę latarki. Dziewczyna w pewnym momencie wyciągnęła rękę w bok, aby zatrzymać chłopaka. Zerknęła na niego dając znak by podążał za jej spojrzeniem. W rowie po ich prawej stronie leżały gnijące już zwłoki jakiejś kobiety, a przynajmniej tak im się zdawało. Brudne, poszarpane ubrania praktycznie zlewały się z gnijącymi zwłokami stwora. Martwe ciało leżało powykręcane w nienaturalny sposób. Ciężko było się połapać, która noga jest lewa, a która prawa. Z czaszki prawie nic nie zostało, jedynie rozciapana papka kości i mózgu.
            Odruchowo zatkali nos i z widoczną ulgą ruszyli do zbiornika z paliwem. Wciąż jednak zachowywali czujność. Wszędzie mógł się pojawić Zombie. Czasami spotykano pojedyncze sztuki, ale zdarzały się też całe stada.
            – Psst.
            Lexie, która obserwowała okolicę, zwróciła się w stronę chłopaka.
            – Tu praktycznie nic nie ma – szepnął.
            – Jesteś pewny? Sprawdziłeś wszędzie? – zapytała szeptem i pochyliła się nad wielkim zbiornikiem, znajdującym się w ziemi.
            – Tak. Ktoś już dawno musiał pozbyć się zapasów. Jeśli tu nic nie ma, to nigdzie indziej nic nie znajdziemy. – Travis podniósł się z klęczek i otrzepał kolana z cienkiej warstwy brudu.
            – Kurwa. – Alexandra zaklęła pod nosem i opuściła kij, który wciąż miała w gotowości.
Spojrzała na zmęczoną twarz przyjaciela. Mimo wszystkich swoich czynów, wciąż był tym samym Travisem Eyre, którego znała od dzieciństwa. W ciągu ostatnich czterech lat widocznie wydoroślał, ale także znacznie się postarzał. Już nie był tym samym szesnastoletnim chłystkiem sprzed czasów apokalipsy.
– Nie zostaje nam nic innego, jak przeczekać noc tutaj, a o świcie ruszyć dalej. Po drodze, na pewno uda nam się znaleźć jakiś sprawny samochód – powiedziała Alexandra i ruszyła w kierunku małej, zdewastowanej budki, w której niegdyś płacono za benzynę.
Przez swoją nieostrożność i nieuwagę kopnęła starą puszkę, która w ciszy nocnej zabrzmiała jak warkot chappera. Dziewczyna zatrzymała się i z przerażeniem patrzyła aż przedmiot się zatrzyma i przestanie hałasować. Prawie krzyknęła ze strachu, gdy Travis złapał ją za przedramię.
– Patrz kogo obudziłaś – szepnął jej do ucha i zmusił by spojrzała w lewą stronę.
Na skraju lasu, zza murowanego ogrodzenia szedł w ich stronę Umarły. Ciągnął za sobą swoją dziwnie przydługą nogę. Każdy jego krok zdawał się robić coraz szybszy i szybszy. Musiał być „świeży”, ponieważ oprócz nogi i szarawo brunatnego odcienia skóry, zdawał się wyglądać w miarę normalnie.
– Na szczęście jest tylko jeden. Chcesz go załatwić czy ja mam to zrobić? – zapytał Travis stojąc obok dziewczyny z gotową maczetą.
– Nie odbieraj mi tej przyjemności. – Uśmiechnęła się pod nosem, podrzuciła kij, który zalśnił ledwo widocznie w świetle księżyca i ruszyła biegiem w kierunku Zombie.
Stwór charczał i szczękał zębami. Jego zachowanie w widoczny sposób mówiło: „Jeść, jeść, jeść…” Gdyby Alexandra była bezbronną osobą, to Umarły miałby ciepły i świeży posiłek na, dosłownie, wyciągniecie swojej ręki. Jednak było inaczej i to dziewczyna miała przewagę w tym świecie. Podbiegła bliżej i z precyzją zawodowego baseballisty wzięła duży zamach i uderzyła Umarłego w głowę. Jego upadek poprzedził odgłos łamanych kości. Spojrzała na gnijące ciało i jeszcze raz uderzyła w czaszkę, aby mieć pewność, że już nigdy więcej się nie obudzi.
Dziewczyna z dumą spojrzała na swój kij i z lekkim obrzydzeniem zdarła z drutu kawałek mięsa i włosów, który zaplątał się podczas uderzenia. Chwilę później usłyszała świst i kolejny odgłos trzaskających kości. Odwróciła się i ujrzała Travisa wyciągającego maczetę z czaszki jakiegoś małego chłopca.
– Musimy się stąd zmywać. Tu się roi od Zombie – powiedział chłopak i jak na zawołanie z każdej strony zaczęli wychodzić Umarli.
Stwory wlekły się w ich kierunku, wyciągały ręce, jakby dzięki temu szybciej dostały ich we własne sidła. Nagle obok Lexie pojawił się Zombie. Przez chwilę nawet zastanawiała się czy może nazwać tak to, co właśnie przed nią stało. Z ust spływała gęsta, czarna wydzielina, która tworzyła ścieżkę, po resztkach ubrania. Z twarzy nie pozostało nic. Jedynie gnijące resztki mięsa i kłapiące szarawe zęby pozwalały wyobrazić sobie, że to coś kiedyś było człowiekiem. Może prawnikiem, lekarzem albo mordercą? Teraz to nie miało znaczenia, liczył się tylko cios w głowę.
Dziewczyna zamachnęła się tak jak poprzednio i za pierwszym razem rozłupała czaszkę Zombie. Nie dziwiło jej to, że tak szybko uporała się z tym osobnikiem, widząc w jakim był stanie. Nie miała czasu na podziwianie swojej roboty. Wraz z Travisem wciąż mieli masę Umarłych do pokonania. Jeśli im się nie uda, czekała ich jedynie śmierć.
Po niecałych dziesięciu minutach, zziajani zaczynali powoli tracić nadzieję. Wciąż wytrwale rozłupywali czaszki Umarłych, jednak ich było coraz więcej i robiły się jakimś cudem coraz szybsze. W pewnym momencie Lexie myślała, że będzie już po niej, gdy Zombie wytrącił jej kij i nóż, który zawsze trzymała w cholewce wysokich półbutów. Jednak jeden cios maczetą i dalej mogła się bronić.
Nagle dziewczyna usłyszała jakiś warkot. Mogłaby przysiąc, że jest to motor. Spojrzała, między jednym uderzeniem a drugim, na Travisa.
– Słyszysz? – zapytała i wbiła nóż w jedyne oko jakiegoś grubasa.
– Co?
W tym momencie oślepiły ich ostre światła jeepa wranglera. Dziewczyna nie myliła się, bo za samochodem jechał właśnie motocykl.
Przez światła, o mało nie zostali wytrąceni z równowagi, co równałoby się w ich przypadku śmiercią. Jeszcze kilka wymachów. Dziewczyna była już zmachana, a jej ręce powoli opadały z wysiłku. Jednak nie mogła się tak łatwo poddać. Przyjezdni zaczęli strzelać z kusz, a nawet pistoletów.

– Kurwa, co oni robią. Przecież zaraz pojawi się tu jeszcze więcej Zombie. – Lexie warknęła do przyjaciela, jednak nie usłyszała jego odpowiedzi, ponieważ poczuła tępy ból w okolicy potylicy. Zapadła ciemność, a ona osunęła się na stertę trupów.         

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz