Po
godzinie jazdy w niesamowitym upale, Lexie zasnęła. Obudziła się dopiero po
trzech godzinach, gdy poczuła ostre szarpnięcie samochodu.
Poderwała się i uderzyła lekko w
czubek głowy.
– Co się dzieje? – zapytała
zaniepokojona i rozejrzała się dookoła. Wciąż była jeszcze w otumanieniu po
drzemce.
– Spokojnie, skończyło się tylko
paliwo. Zaczekaj.
Travis wysiadł z samochodu by
sprawdzić czy w przyczepie nie ma kanistra z benzyną.
Dziewczyna ziewnęła i rozejrzała się
po okolicy. Było już dość ciemno, a dookoła było pełno drzew. Postanowiła, że
wyjdzie, chociaż na chwilę rozprostować nogi. Powietrze było świeże, a wieczór
przyjemnie chłodny. Alexandra oparła się o drzwi samochodu i spojrzała w niebo.
Od dawna nie widziała żeby było aż tak rozgwieżdżone. Wpatrywała się zachwycona
dopóki nie stanął obok niej przyjaciel.
– Jak się czujesz? – zapytał z
troską, a wtedy wszystkie wspomnienia jej rodziców uderzyły w nią z podwojoną
siłą. Ich roześmiane twarze, ich miłość do niej, ich śmierć. Szybko stłumiła
dziwne uczucie, które rosło w jej klatce.
– Dobrze, nie jest źle. – Odsunęła
się od samochodu i rozejrzała dookoła. – Znalazłeś paliwo?
– Nic nie mamy. Musimy pójść w tamtą
stronę – powiedział wskazując zachodni kierunek, tam gdzie właśnie zmierzali. –
Wcześniej widziałem znak do stacji paliw, jakiś niecały kilometr.
– Okej – odparła dziewczyna i
sięgnęła po torbę z naczepy, z której wyjęła swoją ulubioną broń; metalowy kij
baseballowy owinięty drutem kolczastym. Był bardzo skuteczny i cichy w walce z Zombie.
Travis natomiast sięgnął po swoją maczetę i ruszyli przed siebie.
Drogę rozświetlał półksiężyc. Z
każdym krokiem przy drodze pojawiało się coraz więcej reklam, które niegdyś
informowały przejezdnych o różnego rodzaju restauracjach, sklepach lub salonach
samochodowych.
– Gdzie my tak właściwie jesteśmy? –
zapytała Lexie kopiąc mały kamyk, który poturlał się do pobliskiego rowu.
– W Blythe, już niedaleko do
Pheonix.
– Aż tyle spałam? Dlaczego mnie nie
obudziłeś?
– A niby, po co miałbym to robić?
Przeszłaś sporo w ciągu ostatnich kilku dni i nie zauważyłem, żebyś jakoś
szczególnie o siebie dbała. Nawet nie spałaś odkąd wykryto wirusa u Nickolas’a
– powiedział Travis i obrzucił dziewczynę nagannym spojrzeniem.
– Niby skąd wiesz czy spałam czy… - Lexie
urwała w połowie zdania, gdy zrozumiała sens słów Travisa. Zatrzymała się, a
chłopak poszedł w jej ślady. – Czekaj, chcesz mi powiedzieć, że mnie śledzisz?
– Nie… To znaczy… Ja po prostu się o
ciebie martwię.
– Gdy się przebierałam lub myłam
również się o mnie martwiłeś? – Dziewczyna wypowiadając te słowa podniosła głos
i z gniewem spojrzała w tęczówki przyjaciela.
Alexandra nie mogła zrozumieć
postępowania chłopaka. Dla niej również był bardzo ważny, tak jak ona dla
niego. Zostali tylko oni. Musieli troszczyć się o siebie i chronić nawzajem.
Jednak takiego czegoś nie mogła pojąć. Zresztą wtedy jej rodzice byli żywi i
nie musiał mieć jej wciąż na oku. Mimowolnie wzdrygnęła się na myśl o
przyjacielu, który mógł widzieć ją nagą. Był przecież dla niej jak brat.
– Lexie daj spokój. Nie możesz mnie
oskarżać o coś takiego. Nigdy bym cię nie podglądał w intymnych sytuacjach.
Dziewczyna prychnęła, zarzuciła kij
na ramię i ruszyła dalej. Im szybciej znajdą to cholerne paliwo, tym lepiej.
Travis ruszył za nią. Nie odzywał się, czekał na jakąś reakcję swojej
przyjaciółki.
Z północy zawiał wiatr, który
przyniósł smród zgnilizny. Obydwoje zapomnieli o swojej dotychczasowej
sprzeczce i przygotowali się do najgorszego. Jak na złość w pobliżu nie było
żadnego samochodu, nie licząc pozostawionej furgonetki w tyle. Niecałe sto
metrów przed sobą ujrzeli opuszczoną stację benzynową. Jeśli załatwią sprawę
szybko i bezszelestnie, nikomu nic się nie stanie.
Lexie i Travis dali sobie
porozumiewawcze znaki i ruszyli szybkim przed siebie. Mimo ciemności widzieli
prawie wszystko, dzięki rogalowi księżyca, który służył im za namiastkę
latarki. Dziewczyna w pewnym momencie wyciągnęła rękę w bok, aby zatrzymać
chłopaka. Zerknęła na niego dając znak by podążał za jej spojrzeniem. W rowie
po ich prawej stronie leżały gnijące już zwłoki jakiejś kobiety, a przynajmniej
tak im się zdawało. Brudne, poszarpane ubrania praktycznie zlewały się z
gnijącymi zwłokami stwora. Martwe ciało leżało powykręcane w nienaturalny
sposób. Ciężko było się połapać, która noga jest lewa, a która prawa. Z czaszki
prawie nic nie zostało, jedynie rozciapana papka kości i mózgu.
Odruchowo zatkali nos i z widoczną
ulgą ruszyli do zbiornika z paliwem. Wciąż jednak zachowywali czujność.
Wszędzie mógł się pojawić Zombie. Czasami spotykano pojedyncze sztuki, ale
zdarzały się też całe stada.
– Psst.
Lexie, która obserwowała okolicę,
zwróciła się w stronę chłopaka.
– Tu praktycznie nic nie ma –
szepnął.
– Jesteś pewny? Sprawdziłeś
wszędzie? – zapytała szeptem i pochyliła się nad wielkim zbiornikiem,
znajdującym się w ziemi.
– Tak. Ktoś już dawno musiał pozbyć
się zapasów. Jeśli tu nic nie ma, to nigdzie indziej nic nie znajdziemy. –
Travis podniósł się z klęczek i otrzepał kolana z cienkiej warstwy brudu.
– Kurwa. – Alexandra zaklęła pod
nosem i opuściła kij, który wciąż miała w gotowości.
Spojrzała na zmęczoną twarz
przyjaciela. Mimo wszystkich swoich czynów, wciąż był tym samym Travisem Eyre,
którego znała od dzieciństwa. W ciągu ostatnich czterech lat widocznie
wydoroślał, ale także znacznie się postarzał. Już nie był tym samym
szesnastoletnim chłystkiem sprzed czasów apokalipsy.
– Nie zostaje nam nic innego, jak
przeczekać noc tutaj, a o świcie ruszyć dalej. Po drodze, na pewno uda nam się
znaleźć jakiś sprawny samochód – powiedziała Alexandra i ruszyła w kierunku
małej, zdewastowanej budki, w której niegdyś płacono za benzynę.
Przez swoją nieostrożność i nieuwagę
kopnęła starą puszkę, która w ciszy nocnej zabrzmiała jak warkot chappera.
Dziewczyna zatrzymała się i z przerażeniem patrzyła aż przedmiot się zatrzyma i
przestanie hałasować. Prawie krzyknęła ze strachu, gdy Travis złapał ją za
przedramię.
– Patrz kogo obudziłaś – szepnął jej
do ucha i zmusił by spojrzała w lewą stronę.
Na skraju lasu, zza murowanego
ogrodzenia szedł w ich stronę Umarły. Ciągnął za sobą swoją dziwnie przydługą
nogę. Każdy jego krok zdawał się robić coraz szybszy i szybszy. Musiał być
„świeży”, ponieważ oprócz nogi i szarawo brunatnego odcienia skóry, zdawał się
wyglądać w miarę normalnie.
– Na szczęście jest tylko jeden.
Chcesz go załatwić czy ja mam to zrobić? – zapytał Travis stojąc obok
dziewczyny z gotową maczetą.
– Nie odbieraj mi tej przyjemności. –
Uśmiechnęła się pod nosem, podrzuciła kij, który zalśnił ledwo widocznie w
świetle księżyca i ruszyła biegiem w kierunku Zombie.
Stwór charczał i szczękał zębami. Jego
zachowanie w widoczny sposób mówiło: „Jeść, jeść, jeść…” Gdyby Alexandra była
bezbronną osobą, to Umarły miałby ciepły i świeży posiłek na, dosłownie,
wyciągniecie swojej ręki. Jednak było inaczej i to dziewczyna miała przewagę w
tym świecie. Podbiegła bliżej i z precyzją zawodowego baseballisty wzięła duży
zamach i uderzyła Umarłego w głowę. Jego upadek poprzedził odgłos łamanych
kości. Spojrzała na gnijące ciało i jeszcze raz uderzyła w czaszkę, aby mieć
pewność, że już nigdy więcej się nie obudzi.
Dziewczyna z dumą spojrzała na swój
kij i z lekkim obrzydzeniem zdarła z drutu kawałek mięsa i włosów, który
zaplątał się podczas uderzenia. Chwilę później usłyszała świst i kolejny odgłos
trzaskających kości. Odwróciła się i ujrzała Travisa wyciągającego maczetę z
czaszki jakiegoś małego chłopca.
– Musimy się stąd zmywać. Tu się roi
od Zombie – powiedział chłopak i jak na zawołanie z każdej strony zaczęli
wychodzić Umarli.
Stwory wlekły się w ich kierunku,
wyciągały ręce, jakby dzięki temu szybciej dostały ich we własne sidła. Nagle
obok Lexie pojawił się Zombie. Przez chwilę nawet zastanawiała się czy może
nazwać tak to, co właśnie przed nią stało. Z ust spływała gęsta, czarna
wydzielina, która tworzyła ścieżkę, po resztkach ubrania. Z twarzy nie
pozostało nic. Jedynie gnijące resztki mięsa i kłapiące szarawe zęby pozwalały
wyobrazić sobie, że to coś kiedyś
było człowiekiem. Może prawnikiem, lekarzem albo mordercą? Teraz to nie miało
znaczenia, liczył się tylko cios w głowę.
Dziewczyna zamachnęła się tak jak
poprzednio i za pierwszym razem rozłupała czaszkę Zombie. Nie dziwiło jej to,
że tak szybko uporała się z tym osobnikiem, widząc w jakim był stanie. Nie
miała czasu na podziwianie swojej roboty. Wraz z Travisem wciąż mieli masę
Umarłych do pokonania. Jeśli im się nie uda, czekała ich jedynie śmierć.
Po niecałych dziesięciu minutach,
zziajani zaczynali powoli tracić nadzieję. Wciąż wytrwale rozłupywali czaszki
Umarłych, jednak ich było coraz więcej i robiły się jakimś cudem coraz szybsze.
W pewnym momencie Lexie myślała, że będzie już po niej, gdy Zombie wytrącił jej
kij i nóż, który zawsze trzymała w cholewce wysokich półbutów. Jednak jeden
cios maczetą i dalej mogła się bronić.
Nagle dziewczyna usłyszała jakiś
warkot. Mogłaby przysiąc, że jest to motor. Spojrzała, między jednym uderzeniem
a drugim, na Travisa.
– Słyszysz? – zapytała i wbiła nóż w
jedyne oko jakiegoś grubasa.
– Co?
W tym momencie oślepiły ich ostre światła
jeepa wranglera. Dziewczyna nie myliła się, bo za samochodem jechał właśnie
motocykl.
Przez światła, o mało nie zostali
wytrąceni z równowagi, co równałoby się w ich przypadku śmiercią. Jeszcze kilka
wymachów. Dziewczyna była już zmachana, a jej ręce powoli opadały z wysiłku.
Jednak nie mogła się tak łatwo poddać. Przyjezdni zaczęli strzelać z kusz, a
nawet pistoletów.
– Kurwa, co oni robią. Przecież zaraz
pojawi się tu jeszcze więcej Zombie. – Lexie warknęła do przyjaciela, jednak
nie usłyszała jego odpowiedzi, ponieważ poczuła tępy ból w okolicy potylicy. Zapadła
ciemność, a ona osunęła się na stertę trupów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz