Alexandra Wilson
przechodziła między potężnymi, wysokimi półkami w supermarkecie*. Nigdy nie
przyszłoby jej do głowy, że sklep stanie się jej domem.
Mieszkała
tutaj razem ze swoimi rodzicami i innymi Ocalałymi od dwóch lat. Mieli tutaj
wszystkiego pod dostatkiem; od różnego sprzętu RTV, łóżek, po samą żywność.
Udało im się tu przetrwać dzięki odpowiedniemu zagospodarowaniu zasobami
jedzenia jak i picia. Mieszkało tutaj ponad sto osób, ale ostatnio to się
zmieniło, gdy Mark – przywódca i były agent FBI – musiał zabić jednego z nich.
Wszyscy
żyli tylko tym. Śmiercią Nickolas’a Gale’a, która wstrząsnęła ludźmi w jakiś
sposób. Miał na oko ponad czterdzieści lat. Był sympatycznym człowiekiem,
jednak z nikim nie utrzymywał bliższych kontaktów. Łatwo było się domyśleć, że
mężczyzna nie chciał się zbytnio do nikogo zbliżyć; nie chciał ponownie
cierpieć i przeżywać tego okropnego bólu, jakim jest utrata najbliższych. Nie
ocalał nikt z jego rodziny i właśnie to spowodowało, że w pewnych momentach po
prostu zamykał się w sobie.
Dwa
dni temu Nickolas nieoczekiwanie zmarł. Podczas skromnej kolacji, składającej
się ze zwykłych konserw, toczył zawziętą konwersację z jednym z byłych agentów
FBI. Nie była to kłótnia, jednak widać było na pierwszy rzut oka, że żaden z
mężczyzn nie był zadowolony z tego, co wychodziło z ich ust. Po wymianie zdań
Gale udał się na swoje stanowisko** gdzie zapadł w głęboki sen, z którego już
więcej się nie obudził.
Ludzie byli w szoku. Bali
się, że do naszej kryjówki wdarł się wirus, że gdzieś w ukryciu czaił się
Umarły, chociaż każdy z nas wiedział, że to było niemożliwe. Codziennie wokół
marketu odbywały się patrole, które miały nas uchronić przed Zombie. Czasami,
lecz rzadko, udało się też znaleźć jakichś Ocalałych.
Po
upływie trzydziestu minut od znalezienia martwego ciała, Nick się obudził. Nikt
nie czekał na niczyje reakcje. Najbliżej był Mark, który cały czas czuwał przy
jego ciele. Nie wahał się. Trzydziestosiedmioletni brunet wyciągnął z kabury
swój pistolet – który, jak mawiał, był częścią niego – i strzelił mu między
oczy. Przyjrzał się jego ciału, po czy wraz z Joshem – jego prawą ręką –
zabrali go do zbadania.
Każdy
z obecnych tu osób był przyzwyczajony do widoku zabijanych ludzi lub Umarłych,
co swego czasu stało na porządku dziennym. Alexandra nie po raz
pierwszy zauważyła, że nie każdemu podobały się takie czynności.
Najbardziej przejmowały się tym osoby starsze i małe dzieci. Przerażało ich to,
co działo się z osobą zaatakowaną przez wirusa. Nie mogli także zrozumieć, jak
inny człowiek był w stanie zabić drugiego; że robili to bez mrugnięcia oka. Dziewczyny
takie widoki już nie ruszały. Oczywiście nie była bezdusznym potworem, jak
niektórzy uważali o Marku i jego „zgrai”, jednak po czterech latach spędzonych
na ucieczce, przetrwaniu oraz zabijaniu, nie ruszało ją już praktycznie nic.
Jak
się okazało, Nickolas miał w sobie uśpioną komórkę wirusa typu Z. Jednak,
dlaczego się aktywował aż po czterech latach i to właśnie teraz, nie wiedział
już nikt.
Zapanował
chaos, który trwa już od dwóch dni. Mark ze swoimi ludźmi po sprawdzeniu
siebie, zaczął sprawdzać również innych. Był człowiekiem surowym i porywczym.
Każdy, więc zapyta, dlaczego wybrano właśnie kogoś takiego na przywódcę.
Odpowiedź była dość prosta. Ludzie z marszu zaufają stróżowi prawa, aniżeli
zwykłemu obywatelowi.
W byłym biurze dyrektora
supermarketu, wraz z mężczyznami i dwoma lekarzami, siedzieli rodzice
Alexandry. Nie cały rok temu udało im się zabrać z oddalonego o dwa kilometry
szpitala najpotrzebniejsze przybory i przyrządy. Teraz naprawdę miały się
przydać. Dziewczyna miała zostać przebadana dopiero później. Sprawdzanie
rozpoczęto od najstarszych Ocalałych. Jak na razie u nikogo nie wykryto wirusa.
Również nikt nie chciał się przyznać, czy był szczepiony na ostrą odmianę
grypy.
Tutaj
pojawił się problem, który dziewczyna omówiła z rodzicami dzień wcześniej. Jej
rodzina była szczepiona, co wskazywało na zakażenie ich ciała. Jej opiekunowie
mieli zdobyć dla niej jak najwięcej czasu, podczas którego miała stąd uciec.
Alexandrze wcale się to nie podobało; nie uśmiechało jej się zostawienie
rodziców na pastwę Marka i jemu podobnych. Bóg wie, co zamierzali zrobić z
zarażonymi, jednak było prawie pewne, że takie osoby czekała śmierć.
Przy
pożegnaniu z rodzicami, dziewczyna nawet nie uroniła najmniejszej łzy, za co
karciła się w duchu. Jednak życie w takim środowisku wypruło ją z wielu emocji.
Alexandra była już przy
małych drzwiach – o których wiedziała tylko ona i jej przyjaciel Travis,
którego nagle ujrzała wychodzącego zza magazynowych półek – gdy usłyszała
strzał. Po chwili drugi. Cisza. Coś ścisnęło ją w środku. To musiało oznaczać
tylko jedno.
–
Odejdź – warknęła w stronę przyjaciela i podniosła z ziemi dużą
torbę.
–
Idę z tobą.
Spojrzała
na chłopaka, którego znała od zawsze. Nikt z jego bliskich nie przeżył, więc
jej rodzice przygarnęli go pod swoje skrzydła. Miał na sobie szary, lekko
zniszczony podkoszulek i wypłowiałe spodnie khaki. Piaskowe włosy były krótko
przystrzyżone, a ciemnoniebieskie oczy wpatrywały się w dziewczynę.
–
Byłeś szczepiony? – zapytała.
–
Nie...
–
A ja tak i jeśli nie jesteś głupi, to doskonale zdajesz sobie sprawę z tego, co
przed chwilą stało się w biurze. – Alexandra złapała za klamkę. – Wracaj do
pozostałych.
Wyszła
na zewnątrz i natychmiast uderzyło w nią gorące powietrze. Słońce górowało
wysoko na niebie. Zmrużyła oczy i sięgnęła po okulary przeciwsłoneczne schowane
w kieszonce luźnych spodni.
–
Lexie. – Odwróciła się słysząc głos Travisa. – Nie pozbędziesz się mnie tak
łatwo. Idę z tobą. Jesteś jedyną bliską osobą, która mi została. Nie zostanę z
tymi… - Wskazał ręką na budynek.
Dziewczyna
westchnęła.
–
Robisz to na własne życzenie.
–
I wiem, że postępuję słusznie. – Zerknęła na jego idealne rysy przez
przyciemniane szkła. Był dla niej jak brat, którego nie dane jej było mieć. W
głębi serca cieszyła się, że nie zostawia jej w tym wielkim, niebezpiecznym
świecie samej.
Rozejrzeli
się dookoła. Była czternasta i do patrolu została jeszcze godzina. Mieli czas.
Upewniwszy się, że nikogo nie ma, ruszyli biegiem w kierunku niewielkiego lasu,
który oddzielał ich od supermarketu, a za którym kryło się bezludne miasto.
„Ciekawe
ilu ludzi przetrwało?” Lexie zadała sobie to pytanie w duchu.
Zwolniła
krok do marszu i zerknęła po raz ostatni na potężny budynek. Budynek, który był
jej domem przez dwa lata. Zostawiła tam część siebie. Swoich rodziców,
którzy... Nie może o tym myśleć. Nie może pozwalać sobie na chwile słabości, w
szczególności teraz, gdy do zmroku pozostało tylko kilka godzin. Musiała wziąć
się w garść.
Travis
złapał jej dłoń i lekko ścisnął. Znał ją na tyle dobrze, by wiedzieć, kiedy
potrzebowała spokoju. Była mu za to bardzo wdzięczna. Chociaż widziała kryjący
się ból w jego niebieskich oczach.
Ruszyli
przed siebie, przedzierając się przez wysokie zarośla i obrośnięte roślinnością
drzewa. Travis zwinnie oczyszczał drogę maczetą. Nawet nie zauważyła torby,
którą taszczył na swoim silnym ramieniu.
„A
to skurczybyk!” Chłopak przez cały ten czas był przygotowany do ucieczki razem
z nią. Wiedziała, że namówił go do tego jej tata, a mama mu przy tym wtórowała.
Przecież nie zostawiliby swojej jedynej córki w tym apokaliptycznym świecie. Lexie
wysiliła się na lekki uśmiech. Mimo to, była pewna, że nawet gdyby nie jej
rodzice, przyjaciel nie pozwoliłby odejść jej samej. Czasami zdawało jej się,
że zna chłopaka jak własną kieszeń, jednak był jak wielka kolorowa piniata, w
której kryło się wiele niespodzianek.
Nagle
naszła ją ponowna myśl o rodzicach. Poczuła chłód na ramionach, który
spowodował pojawienie się gęsiej skórki. Dlaczego uciekała? Dlaczego zachowała
się jak najzwyklejszy tchórz podczas, gdy rodzice naprawdę jej potrzebowali? Co z nią, do jasnej cholery, było nie tak? Na
ratunek było już niestety za późno.
–
Co robimy? – Z zamyślenia wyrwał ją głos przyjaciela. Wyszli właśnie na jakąś
uliczkę, którą z każdej strony otaczały śliczne, a jednocześnie, opuszczone
domki jednorodzinne.
–
Musimy znaleźć, jakiś samochód. Rodzice mówili, że dużo mówiło się o Pheonix. –
Alexandra zaczęła rozglądać się za jakimś pojazdem. Travis ruszył za nią. –
Podobno tam pracują nad lekarstwem.
Chłopak zauważył spięcie i lekkie wahanie u przyjaciółki.
Już chciał ją spytać, o co chodzi, jednak zrezygnował wiedząc, jaka była. Jeśli
by chciała, bez wahania by mu się zwierzyła. Postanowił więc, zapytać o coś
innego.
– Dlaczego…nie uciekli
razem z tobą? Dlaczego nie powiedzieli o lekarstwie Markowi?
Dziewczyna
prychnęła i sprawdziła stan zardzewiałej ciężarówki. Jednak do niczego się nie
nadawała, więc ruszyła dalej.
–
Oczywiście, że mu mówili, ale on nie chciał ich słuchać. Sukinsyn za bardzo
wczuł się w rolę pana. – Ostatnie słowo wypowiedziała z ironią. – Stwierdził,
że gdyby było jakieś lekarstwo, już dawno byśmy o tym wiedzieli i nie dusili
się w markecie. – Obejrzała małą furgonetkę i kontynuowała: – A na ucieczkę
było już za późno. Natomiast plan mojej był planem awaryjnym.
–
Może ten? – Travis wskazał ręką „nowego”, czarnego dodge’a pickupa.
Lexie
zagwizdała.
–
Miejmy nadzieję, że będzie działał.
Wrzucili
swoje torby na tył przyczepy i wsiedli do środka. Chłopak zasiadł za
kierownicą, a dziewczyna na miejscu pasażera. Śmierdziało tu zatęchłym, gorącym
powietrzem. Otworzyli okna. Travis chwilę majstrował przy kabelkach pod
kierownicą, po czym samochód groźnie zawarczał.
–
Udało się! – krzyknęli obydwoje.
–
W takim razie…
–
Kierunek, Arizona przyjacielu. – Lexi posłała mu swój przyjazny, ciepły uśmiech
i rozsiadła się wygodnie w fotelu. Czekała ich długa podróż.
* Chodzi tu o supermarket typu Auchan
np. w Rzeszowie. (Jego wielkość i zasoby.)
** Każdy miał swój kąt w dziale
meblowym lub innym podobnym. Spali na łóżkach, a wytrwalsi na materacach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz