sobota, 30 sierpnia 2014

ROZDZIAŁ I

Alexandra Wilson przechodziła między potężnymi, wysokimi półkami w supermarkecie*. Nigdy nie przyszłoby jej do głowy, że sklep stanie się jej domem.
           Mieszkała tutaj razem ze swoimi rodzicami i innymi Ocalałymi od dwóch lat. Mieli tutaj wszystkiego pod dostatkiem; od różnego sprzętu RTV, łóżek, po samą żywność. Udało im się tu przetrwać dzięki odpowiedniemu zagospodarowaniu zasobami jedzenia jak i picia. Mieszkało tutaj ponad sto osób, ale ostatnio to się zmieniło, gdy Mark – przywódca i były agent FBI – musiał zabić jednego z nich.
            Wszyscy żyli tylko tym. Śmiercią Nickolas’a Gale’a, która wstrząsnęła ludźmi w jakiś sposób. Miał na oko ponad czterdzieści lat. Był sympatycznym człowiekiem, jednak z nikim nie utrzymywał bliższych kontaktów. Łatwo było się domyśleć, że mężczyzna nie chciał się zbytnio do nikogo zbliżyć; nie chciał ponownie cierpieć i przeżywać tego okropnego bólu, jakim jest utrata najbliższych. Nie ocalał nikt z jego rodziny i właśnie to spowodowało, że w pewnych momentach po prostu zamykał się w sobie.
            Dwa dni temu Nickolas nieoczekiwanie zmarł. Podczas skromnej kolacji, składającej się ze zwykłych konserw, toczył zawziętą konwersację z jednym z byłych agentów FBI. Nie była to kłótnia, jednak widać było na pierwszy rzut oka, że żaden z mężczyzn nie był zadowolony z tego, co wychodziło z ich ust. Po wymianie zdań Gale udał się na swoje stanowisko** gdzie zapadł w głęboki sen, z którego już więcej się nie obudził.
Ludzie byli w szoku. Bali się, że do naszej kryjówki wdarł się wirus, że gdzieś w ukryciu czaił się Umarły, chociaż każdy z nas wiedział, że to było niemożliwe. Codziennie wokół marketu odbywały się patrole, które miały nas uchronić przed Zombie. Czasami, lecz rzadko, udało się też znaleźć jakichś Ocalałych.
            Po upływie trzydziestu minut od znalezienia martwego ciała, Nick się obudził. Nikt nie czekał na niczyje reakcje. Najbliżej był Mark, który cały czas czuwał przy jego ciele. Nie wahał się. Trzydziestosiedmioletni brunet wyciągnął z kabury swój pistolet – który, jak mawiał, był częścią niego – i strzelił mu między oczy. Przyjrzał się jego ciału, po czy wraz z Joshem – jego prawą ręką – zabrali go do zbadania.
            Każdy z obecnych tu osób był przyzwyczajony do widoku zabijanych ludzi lub Umarłych, co swego czasu stało na porządku dziennym. Alexandra nie po raz pierwszy  zauważyła, że nie każdemu podobały się takie czynności. Najbardziej przejmowały się tym osoby starsze i małe dzieci. Przerażało ich to, co działo się z osobą zaatakowaną przez wirusa. Nie mogli także zrozumieć, jak inny człowiek był w stanie zabić drugiego; że robili to bez mrugnięcia oka. Dziewczyny takie widoki już nie ruszały. Oczywiście nie była bezdusznym potworem, jak niektórzy uważali o Marku i jego „zgrai”, jednak po czterech latach spędzonych na ucieczce, przetrwaniu oraz zabijaniu, nie ruszało ją już praktycznie nic.
            Jak się okazało, Nickolas miał w sobie uśpioną komórkę wirusa typu Z. Jednak, dlaczego się aktywował aż po czterech latach i to właśnie teraz, nie wiedział już nikt.
            Zapanował chaos, który trwa już od dwóch dni. Mark ze swoimi ludźmi po sprawdzeniu siebie, zaczął sprawdzać również innych. Był człowiekiem surowym i porywczym. Każdy, więc zapyta, dlaczego wybrano właśnie kogoś takiego na przywódcę. Odpowiedź była dość prosta. Ludzie z marszu zaufają stróżowi prawa, aniżeli zwykłemu obywatelowi.
W byłym biurze dyrektora supermarketu, wraz z mężczyznami i dwoma lekarzami, siedzieli rodzice Alexandry. Nie cały rok temu udało im się zabrać z oddalonego o dwa kilometry szpitala najpotrzebniejsze przybory i przyrządy. Teraz naprawdę miały się przydać. Dziewczyna miała zostać przebadana dopiero później. Sprawdzanie rozpoczęto od najstarszych Ocalałych. Jak na razie u nikogo nie wykryto wirusa. Również nikt nie chciał się przyznać, czy był szczepiony na ostrą odmianę grypy.
            Tutaj pojawił się problem, który dziewczyna omówiła z rodzicami dzień wcześniej. Jej rodzina była szczepiona, co wskazywało na zakażenie ich ciała. Jej opiekunowie mieli zdobyć dla niej jak najwięcej czasu, podczas którego miała stąd uciec. Alexandrze wcale się to nie podobało; nie uśmiechało jej się zostawienie rodziców na pastwę Marka i jemu podobnych. Bóg wie, co zamierzali zrobić z zarażonymi, jednak było prawie pewne, że takie osoby czekała śmierć.
            Przy pożegnaniu z rodzicami, dziewczyna nawet nie uroniła najmniejszej łzy, za co karciła się w duchu. Jednak życie w takim środowisku wypruło ją z wielu emocji.
Alexandra była już przy małych drzwiach – o których wiedziała tylko ona i jej przyjaciel Travis, którego nagle ujrzała wychodzącego zza magazynowych półek – gdy usłyszała strzał. Po chwili drugi. Cisza. Coś ścisnęło ją w środku. To musiało oznaczać tylko jedno.
            – Odejdź – warknęła w stronę przyjaciela  i podniosła z ziemi dużą torbę.
            – Idę z tobą.
            Spojrzała na chłopaka, którego znała od zawsze. Nikt z jego bliskich nie przeżył, więc jej rodzice przygarnęli go pod swoje skrzydła. Miał na sobie szary, lekko zniszczony podkoszulek i wypłowiałe spodnie khaki. Piaskowe włosy były krótko przystrzyżone, a ciemnoniebieskie oczy wpatrywały się w dziewczynę.
            – Byłeś szczepiony? – zapytała.
            – Nie...
            – A ja tak i jeśli nie jesteś głupi, to doskonale zdajesz sobie sprawę z tego, co przed chwilą stało się w biurze. – Alexandra złapała za klamkę. – Wracaj do pozostałych.
            Wyszła na zewnątrz i natychmiast uderzyło w nią gorące powietrze. Słońce górowało wysoko na niebie. Zmrużyła oczy i sięgnęła po okulary przeciwsłoneczne schowane w kieszonce luźnych spodni.
            – Lexie. – Odwróciła się słysząc głos Travisa. – Nie pozbędziesz się mnie tak łatwo. Idę z tobą. Jesteś jedyną bliską osobą, która mi została. Nie zostanę z tymi… - Wskazał ręką na budynek.
            Dziewczyna westchnęła.
            – Robisz to na własne życzenie.
            – I wiem, że postępuję słusznie. – Zerknęła na jego idealne rysy przez przyciemniane szkła. Był dla niej jak brat, którego nie dane jej było mieć. W głębi serca cieszyła się, że nie zostawia jej w tym wielkim, niebezpiecznym świecie samej.
            Rozejrzeli się dookoła. Była czternasta i do patrolu została jeszcze godzina. Mieli czas. Upewniwszy się, że nikogo nie ma, ruszyli biegiem w kierunku niewielkiego lasu, który oddzielał ich od supermarketu, a za którym kryło się bezludne miasto.
            „Ciekawe ilu ludzi przetrwało?” Lexie zadała sobie to pytanie w duchu.
            Zwolniła krok do marszu i zerknęła po raz ostatni na potężny budynek. Budynek, który był jej domem przez dwa lata. Zostawiła tam część siebie. Swoich rodziców, którzy... Nie może o tym myśleć. Nie może pozwalać sobie na chwile słabości, w szczególności teraz, gdy do zmroku pozostało tylko kilka godzin. Musiała wziąć się w garść.
            Travis złapał jej dłoń i lekko ścisnął. Znał ją na tyle dobrze, by wiedzieć, kiedy potrzebowała spokoju. Była mu za to bardzo wdzięczna. Chociaż widziała kryjący się ból w jego niebieskich oczach.    
            Ruszyli przed siebie, przedzierając się przez wysokie zarośla i obrośnięte roślinnością drzewa. Travis zwinnie oczyszczał drogę maczetą. Nawet nie zauważyła torby, którą taszczył na swoim silnym ramieniu.
            „A to skurczybyk!” Chłopak przez cały ten czas był przygotowany do ucieczki razem z nią. Wiedziała, że namówił go do tego jej tata, a mama mu przy tym wtórowała. Przecież nie zostawiliby swojej jedynej córki w tym apokaliptycznym świecie. Lexie wysiliła się na lekki uśmiech. Mimo to, była pewna, że nawet gdyby nie jej rodzice, przyjaciel nie pozwoliłby odejść jej samej. Czasami zdawało jej się, że zna chłopaka jak własną kieszeń, jednak był jak wielka kolorowa piniata, w której kryło się wiele niespodzianek.
            Nagle naszła ją ponowna myśl o rodzicach. Poczuła chłód na ramionach, który spowodował pojawienie się gęsiej skórki. Dlaczego uciekała? Dlaczego zachowała się jak najzwyklejszy tchórz podczas, gdy rodzice naprawdę jej potrzebowali?  Co z nią, do jasnej cholery, było nie tak? Na ratunek było już niestety za późno.
            – Co robimy? – Z zamyślenia wyrwał ją głos przyjaciela. Wyszli właśnie na jakąś uliczkę, którą z każdej strony otaczały śliczne, a jednocześnie, opuszczone domki jednorodzinne.
            – Musimy znaleźć, jakiś samochód. Rodzice mówili, że dużo mówiło się o Pheonix. – Alexandra zaczęła rozglądać się za jakimś pojazdem. Travis ruszył za nią. – Podobno tam pracują nad lekarstwem.
            Chłopak zauważył spięcie i lekkie wahanie u przyjaciółki. Już chciał ją spytać, o co chodzi, jednak zrezygnował wiedząc, jaka była. Jeśli by chciała, bez wahania by mu się zwierzyła. Postanowił więc, zapytać o coś innego.          
– Dlaczego…nie uciekli razem z tobą? Dlaczego nie powiedzieli o lekarstwie Markowi?
            Dziewczyna prychnęła i sprawdziła stan zardzewiałej ciężarówki. Jednak do niczego się nie nadawała, więc ruszyła dalej.
            – Oczywiście, że mu mówili, ale on nie chciał ich słuchać. Sukinsyn za bardzo wczuł się w rolę pana. – Ostatnie słowo wypowiedziała z ironią. – Stwierdził, że gdyby było jakieś lekarstwo, już dawno byśmy o tym wiedzieli i nie dusili się w markecie. – Obejrzała małą furgonetkę i kontynuowała: – A na ucieczkę było już za późno. Natomiast plan mojej był planem awaryjnym.
            – Może ten? – Travis wskazał ręką „nowego”, czarnego dodge’a pickupa.
            Lexie zagwizdała.
            – Miejmy nadzieję, że będzie działał.
            Wrzucili swoje torby na tył przyczepy i wsiedli do środka. Chłopak zasiadł za kierownicą, a dziewczyna na miejscu pasażera. Śmierdziało tu zatęchłym, gorącym powietrzem. Otworzyli okna. Travis chwilę majstrował przy kabelkach pod kierownicą, po czym samochód groźnie zawarczał.
            – Udało się! – krzyknęli obydwoje.
            – W takim razie…
            – Kierunek, Arizona przyjacielu. – Lexi posłała mu swój przyjazny, ciepły uśmiech i rozsiadła się wygodnie w fotelu. Czekała ich długa podróż.    




* Chodzi tu o supermarket typu Auchan np. w Rzeszowie. (Jego wielkość i zasoby.)

** Każdy miał swój kąt w dziale meblowym lub innym podobnym. Spali na łóżkach, a wytrwalsi na materacach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz